30000 mil do ołtarza - podwójny ślub w Argentynie
Marzenia sa po to, aby je realizować. To motto przyswiecało nam od poczatku naszych przygotowań do egzotycznego ślubu, podczas szesciomiesięcznej wyprawy do Ameryki Południowej. Nasza determinacja oraz pomoc wielu życzliwych osob pozwoliły wcielić nasz pomysł w życie.
Dzięki wielkiemu zaangażowaniu ojca Jerzego - Rektora Polskiej Misji Katolickiej w Argentynie trafiliśmy do Puerto Libertad - niewielkiego argentyńskiego miasteczka leżącego w sąsiedztwie wodospadów Iguazu, które są jednym z naturalnych cudów świata. Żadne zdjęcia, filmy czy opisy nie są w stanie oddać ich ogromu. Na zjawisko zwane Cataratas de Iguazu składają się dziesiątki, a może nawet setki, spektakularnych wodospadów o wysokości prawie stu metrów i łącznej długości około trzech kilometrów.
Przez pięć dni byliśmy gośćmi ojców Seweryna i Sylwana - dwóch polskich franciszkanów, którzy zgodzili się udzielić nam ślubu w miejscowym kościele parafialnym. Datę ustaliliśmy wspólnie na niedziele 28 lutego 2010. W przeddzień nasi gospodarze zorganizowali nawet wizytę zaprzyjaźnionych fryzjerów z Buenos Aires. Po zapadnięciu zmierzchu rozpoczęło sie świętowanie ostatniej nocy wolności. Zostało ono uświetnione przez kilkadziesiąt półnagich tancerek argentyńskich.
W Puerto Libertad odbywał sie właśnie karnawał. Korowód barwnych tancerzy samby przechodził w rytm akompaniamentu bębnów na główny plac miasteczka.
Planując ślub w Ameryce Południowej myśleliśmy o cichej i skromnej ceremonii. W najśmielszych marzeniach nie przypuszczaliśmy, że oprócz księdza, nas i świadków będą jeszcze jacyś goście. Tymczasem goszczący nas franciszkanie sprawili nam ogromna niespodziankę zapraszając kilkudziesięciu gości, mieszkańców miasteczka. Ze względu na ich obecność msza prowadzona była po polsku i hiszpańsku. Naszymi świadkami byli pani Marta i pan Kazimierz, małżeństwo polskiego pochodzenia mieszkające w pobliskiej Wandzie (miasteczko założone 100 lat temu przez polskich imigrantów). Ceremonia miała bardzo osobisty charakter. Księża zwracali sie bezpośrednio do nas, a przez te kilka wspólnie spędzonych dni zdążyliśmy sie wszyscy zaprzyjaźnić. Byliśmy szczególnie wzruszeni, gdy pod koniec mszy ojcowie oraz nasi świadkowie wspólnie odśpiewali polskie "Sto lat".
Nie obyło sie tez bez sesji fotograficznej w kościele i przed nim, a także w domu, w prywatnej kaplicy naszych gospodarzy. Gdy wróciliśmy z kościoła kobiety kończyły juz przygotowywać sałatki, a w ogrodzie na dwóch ogromnych rusztach piekło się mięso. Dalszy ciąg uroczystości odbył sie w salce parafialnej. Wejście udekorowane było balonami, a na tablicy ustawionej za naszymi miejscami znajdował sie napis "Joanna i Tomek". Przywitano nas odśpiewaniem "Sto lat" po polsku i hiszpańsku. Nie obyło sie tez bez osładzania "gorzkiego" wina. Po chwili wniesiono asado (mięso i kiełbaski pieczone na parrilli, czyli ogromnym grillu), a cały obiad zakończył biały tort ozdobiony czerwonymi różami.
Nasze wesele zostało przygotowane przez zaprzyjaźnionych z ojcami parafian, mieszkańców Puerto Libertad i Wandy.
Po zakończeniu całej uroczystości zgodnie stwierdziliśmy, że nie wyobrażamy sobie, aby mogła ona wyglądać inaczej. Szkoda, ze nasz znakomity humor został nieco popsuty przez problemy natury technicznej. Okazało sie, ze karta pamięci, na której zapisane były zdjęcia z naszego ślubu została uszkodzona. Mamy jednak nadzieje, ze uda nam sie je jeszcze odzyskać po powrocie do Polski.
Druga odsłona naszego ślubu miała miejsce w ambasadzie RP w Buenos Aires, gdzie wzięliśmy ślub cywilny. Naszymi świadkami byli pracownicy ambasady, a towarzyszył nam w tej chwili również ojciec Jerzy. Po uroczystości odbyła sie mała sesja fotograficzna w pięknej scenerii zabytkowych wnętrz i ogrodu naszej ambasady.
Joanna i Tomasz Meks
Zobacz więcej:
-
Miesiąc miodowy, podróż poślubna (03.04.2009 21:17)
-
Z plecakami na własny ślub (09.02.2010 12:07)



















Komentarze:
A jednak marzenia się spełniają. Przepiękny ślub.
Przygoda na każdym kroku, cudownie, wszytskiego najlepszego.
no rewelacja bo marzenia jak widać się spełniają:)
Świetny pomysł i super, że udało się zrealizować tak szalone marzenie:)
Cudowna historia, jest im czego zazdrościć;)Jak romantycznie:)
Niesamowicie pięknie i romantycznie :) cudna bajka bym powiedziała
życie to przygoda :D hehe dużo szcęścia, gratuluję :)
Sto lat, niezłe
Tylko pozazdrościć. Jeszcze raz STO LAT.