Ja bym odwołała albo zrobiła coś by to jakoś przegryźć, ale nie wyszłabym za mąż. Może bym powiedziała nie w kościele albo co? Na pewno bym się nie wiązała z takim człowiekiem. Wszystko zależy od tego jak ktoś do tego tematu podchodzi. Dla mnie tam gdzie jest zdrada nie ma miłości, bo gdy się kogoś kocha nie patrzy się na innych, nawet w chwilach słabości. I nie są to wyświechtane słowa, wiem to z autopsji. Zdrada to zdrada i koniec, kobieta decydując się na zamążpójście (lub mężczyzna) musi wiedzieć na co się pisze, a pisze się na mnóstwo bólu i cierpienia. Poza tym pokazuje, że jest słaba i taki człowiek widząc, że wybaczyła może to zrobić ponownie, bo jest słaba, bo kocha, bo wybaczy.
Kobiety wiążą się z bawidamkami, lekkoduchami z nadzieją, że ci faceci się kiedyś zmienią, że pod wpływem ich miłości staną się porządnymi mężami i ojcami. Jakież byłoby to osiągnięcie, rozkochać tak potwornie mężczyznę by zrezygnował ze wszystkiego dla niej. Takie to romantyczne. Ale faceci, owszem zmieniają się, ale nie na lepsze. Dochodzą obowiązki, pretensje żony, że nie daje znać czy za późno wrócił do domu, albo chce iść na imprezę. Po pewnym czasie dochodzi płacz dziecka, rozrywający głowę, przeszywający ciało. Przychodzą niezapłacone rachunki i ponaglenia. Po ślubie człowiek staje się odpowiedzialny za drugą osobę, za dzieci gdy się pojawią. Stres, zmęczenie na pewno nie służy romantycznemu nastrojowi, kupowaniu róż i wyznawaniu miłości. Raczej kłótniom, obwinianiu, uciekaniu.
Można zdradę tłumaczyć, że strach, koniec wolności, to, tamto, ale tym sposobem na wszystko można znaleźć wytłumaczenie. I co? Pojawi się problem, więc znów do łóżka obcej osobie?