a ja powiem jak to było w moim przypadku, dzień przed miałam serdecznie dość wszystkiego, ale juz w sobotę wstałąm w świetnym humorze, zrobiłam co miałam zrobić (wiadomo fryzjer, makijażystka itp.) i ani przez chwile nie przyszło mi do głowy że to na MÓJ ślub się szykuje, poza tym kiedy nieubłaganie zbliżała się godzina zero i moja druhna pojawiła się u mnie była bardziej zestresowana niż ja, co prawda wypiłyśmu po 1 kieliszku ale jak dla mnie to nie miało żadnego znaczenia, przez cały czas byłam uśmiechnięta i wogóle, dopiero gdy dotarliśmy do kościołą i wyszedł po nas ksiądz wtedy ogarneło mnie lekkie zdenerwowanie ale szybko mineło i przez całą msze śmialiśmy się z mężem a nawet i ksiądz się z nami śmiał. A na przyjęciu to już był pełen luz blues :)
I wydaje mi się, że to zależy tylko i wyłącznie od nastawienia danego człowieka na całą tą sytuację bo czym się stresować skoro wychodzi się za mąż za ukochaną osobę?